Okolice Sanoka na południowo-wschodnim krańcu Polski urzekły mnie zaskakująco bogatą historią oraz, choć niewysokimi i pozbawionymi szerokich widoków, to interesującymi górami, z licznymi rezerwatami i pomnikami przyrody. Góry Słonne, bo o nich mowa, objęte są parkiem krajobrazowym chroniącym bogatą faunę (w tym wiele rzadkich gatunków ptaków szponiastych) i florę, teren którego można eksplorować spacerując kilkoma szlakami turystycznymi. Góry są zupełnie niepopularne, bo prawie wszyscy pędzą na południe w stronę Bieszczad – zaletą Gór Słonnych jest więc pustka na szlakach! A i tutaj przecież nietrudno o spotkanie z niedźwiedziem i wilkiem, zmotoryzowani mogą poszaleć na DK28 (serpentyny słonne), a na koniec dnia odpocząć w zupełnie intrygującym Królewskim Wolnym Mieście Sanoku. Zainteresowani? Zapraszam na wędrówkę po Górach Słonnych!

Góry Słonne są częścią Gór Sanocko-Turczańskich, położonych na północ od Bieszczad. Warto pamiętać, że Solina, Polańczyk, Ustrzyki Dolne, Lesko czy Jezioro Solińskie to NIE SĄ BIESZCZADY tylko właśnie Góry Sanocko-Turczańskie, całkowicie osobna jednostka geograficzna, wyszczególniana zarówno w nowej regionalizacji Polski, jak i tych starszych. Wielkim nieporozumieniem jest fakt, że Jaworniki (909 m.), najwyższe wzniesienie Gór Sanocko-Turczańskich nie zostało uwzględnione w Koronie Gór Polski. Na szczęście nowy projekt #nowakoronapolskichgór bierze Jaworniki już pod uwagę.
Góry Słonne nie mają oficjalnie wydzielonych granic, przyjmuje się, że położone są w północnej części Gór Sanocko-Turczańskich, choć sam Park Krajobrazowy przekracza północna granicę Gór, zahaczając o południowe tereny Pogórza Przemyskiego. W każdym razie można przyjąć, że południową granicą Gór Słonnych stanowi w przybliżeniu droga krajowa 84 łącząca Sanok i Ustrzyki Dolne, a zachodnią San. Najpopularniejszym turystycznie obszarem Gór Słonnych jest część północno-zachodnia, na północ od Sanoka i ruin zamku Sobień, gdzie przebiega Czerwony Szlak Przemysko-Sanocki. I to właśnie w tych okolicach spędziłem cały dzień, chcąc doświadczyć Gór Słonnych. Mapka mojej trasy poniżej.

Nie zanudzając Was już geografią: start mojej trasy to przystanek kolejowy Załuż, do którego można dostać się pociągiem z Sanoka (nie odmówiłem sobie tej przyjemności ;-). Pociągi wróciły na trasę Sanok-Ustrzyki Dolne zaledwie w zeszłym roku, po 12 latach nieobecności. Na tej krótkiej, choć malowniczej trasie kursuje wagon spalinowy SKPL Tomek 810 054-7, może nie z oszołamiającą częstotliwością (3 razy dziennie), ale wystarczająco często, żeby wyjść na przeciw potrzebom turystów i mieszkańców. Inwestycje w kolej to zawsze dobrze wydane pieniądze!

Z przystanku kolejowego trzeba przejść 1,5 km niestety asfaltem, po kilkunastu minutach docierając na spory parking z zapleczem gastronomicznym pod Górą Sobień. Stamtąd już tylko kilka minut ostro pod górę i trafiamy w niesamowite miejsce, czyli ruiny średniowiecznego zamku datowanego nawet na 13. wiek. Z samego zamku oczywiście zostało kilka kamieni (niestety Polska to nie Szwajcaria, żeby podziwiać tu zachowane zamki z 13. wieku), ale to co urzeka tutaj najbardziej to widok z drewnianego pomostu na San na tle zalesionych wzniesień Pogórza Bukowskiego. Udało mi się podsłuchać rozmowę grupki osób, w skład której wchodzili naukowcy, których zadaniem (z tego co zrozumiałem) ma być restauracja tego miejsca w jakieś formie. Raczej nie całkowita odbudowa zamku, a bardziej lifting, ale może za kilka lub kilkanaście miesięcy ruiny zamku na górze Sobień zmienią się nie do poznania? Kto wie, choć i dziś to miejsce warte jest odkrycia.




Wejście zielonym szlakiem na grzbiet, którym poprowadzony jest czerwony szlak, było lekko mówiąc nieciekawe. Możliwe, że był to szlak tymczasowy, bo informacje po drodze mówiły coś o zamknięciu szlaku ze względu na prace leśne (a może szedłem zamkniętym szlakiem 🤔). W każdym razie ścieżka początkowo była miejscami całkowicie zarośnięta, później zawalona drzewami, błotem i kałużami. Roiło się od komarów i innych latających potworów, a chodzenie w gęstwinie to zawsze opcja nadepnięcia na żmiję zygzakowatą (którą oczywiście później spotkałem, na szczęście w otwartym terenie). Paradoksalnie pionowe oznaczenia szlaku były widoczne właściwie co kilkanaście metrów, nie dało się zgubić drogi. Nie polecam tej trasy, jeśli macie opcję wybierzcie inny szlak!


Po dotarciu na Przysłup sytuacja zmienia się diametralnie – ścieżka jest już całkiem wygodna (co nie oznacza, że pobawiona błota i kałuż 😃), poprowadzona spłaszczonym grzbietem góry. Od tej pory zdobywanie/tracenie wysokości to kwestia kilkunastu/kilkudziesięciu metrów, można więc powiedzieć, że dalsza droga to wydłużony spacer. Z okolic góry Przysłup początkowo idę czerwonym szlakiem na wschód, a moim celem jest zdobycie najwyższego szczytu Gór Słonnych (Słonny, 668 m.). Trafiam na Rezerwat Przyrody Przysłup, na terenie którego występują m.in. rzadkie gatunki drzew liściastych, w tym starodrzew bukowy. Przyzwyczajony do lasów iglastych lub mieszanych, rosnących na przeważającej większości terenów górskich w Polsce, piękne buczyny z dodatkiem jaworów, klonów i wiązów zwracają moja uwagę. Rezerwat zostanie mi w pamięci jednak ze względu na bardzo silny, ale przyjemny aromat, przypominający zapach bzu. To sprawka rosnącej w tym czasie w ilościach hurtowych rośliny o nazwie Miesiącznica trwała (zdjęcie poniżej), wydającej aromatyczną woń, czułem się tam niczym w sklepie z perfumami. Duże zaskoczenie i bardzo ciekawe doświadczenie! Słonny zaliczony, wracam w stronę góry Przysłup (w obie strony wychodzi prawie pięć dodatkowych kilometrów) i dalej na zachód czerwonym szlakiem w stronę Przełęczy Przysłup.



Na przełęczy malutki parking i Droga Krajowa 28, tworząca w Górach Sanocko-Turczańskich słynne „Serpentyny Słonne”. Ten odcinek Trasy Karpackiej między Sanokiem a Przemyślem oddany w 1852 roku (!), a wybudowany oczywiście przez władze austriackie, dzisiaj jest miejscem, gdzie kierowcy mogą poczuć się jak na rumuńskiej Drodze Transfogaraskiej lub na wielu alpejskich trasach. Specjalnie wziąłem tego dnia ze sobą drona, żeby sfotografować serpentyny z lotu ptaka, nie ukrywam, że fascynują mnie tego typu widoki. Jedyne czego żałuję, to że te liściaste lasy pokrywające Góry Słonne nie zastałem w odcieniach żółci i czerwieni, ale żeby taki efekt uzyskać, muszę tutaj wrócić w październiku.


Kolejny, ponad 5-kilometrowy odcinek między Przełęczą Przysłup a wzniesieniem o nazwie Słonny niestety bardzo mnie wynudził. Przyroda przepiękna i brak ludzi na plus, jednak ciągły marsz leśną drogą bez żadnych punktów widokowych szybko powszednieje. Nie ma ani tutaj, ani wcześniej żadnej infrastruktury turystycznej (np. wiaty, ławek czy wieży widokowej), po kilkunastu kilometrach aż się prosi, żeby zrobić sobie przerwę kawową/obiadową, ale niestety nie ma gdzie. Jest to dość osobliwe, bo sam szlak, jest jak już wspominałem, jest świetnie oznakowany i nieźle zadbany. Żeby zdobyć zachodnio-północny szczyt o nazwie Słonny (mający tę samą wysokość co szczyt wschodnio-południowy), zbaczam ze szlaku i przedzieram się wątle zaznaczoną w terenie ścieżką stromo pod górę. Na kulminacji góry kamienny obelisk i tabliczka z nazwą szczytu, obok powalone drzewa, które można w sumie wykorzystać do krótkiego odpoczynku. Schodzę z powrotem na szlak jeszcze większą gęstwiną leśną zastanawiając się, po jaką cholerę dwa najwyższe szczyty pasma, oddalone od siebie o prawie 9 kilometrów postanowiono tak samo nazwać? Tylko ze względu na równą wysokość nad poziomem morza? Wprowadza to moim zdaniem więcej chaosu niż ma sensu.


Szlak obniża się nieco przecinając wioskę o nazwie Liszna, a następnie wyprowadza w kierunku Orlego Kamienia (witaj infrastrukturo turystyczna!). O tym szczycie za chwilę, teraz o faunie. Orła, od którego pochodzi nazwa Orlego Kamienia, na szczycie tym nie widziałem, ale prawdopodobnie miałem szansę dzień później dojrzeć parę orłów przednich, latających nad Skansenem w Sanoku (nie mam pewności, ale białe plamy na spodzie skrzydeł mocno sugerują ten gatunek). Nie jest to niemożliwe, bo kilka gatunków ptaków szponiastych z Orłami Przednimi włącznie gniazduje w Górach Słonnych. Z ciekawszych gatunków trafiła mi się też żmija zygzakowata (miałem w tym momencie słaby refleks, więc nie udało się jej uchwycić na zdjęciu), czy zatrzęsienie jaszczurek zwinek. Mimo dużych chęci nie udało mi się spotkać niedźwiedzia, który potrafi schodzić do Sanoka i tam rozrabiać w przydomowych ogródkach, chociaż kilkukrotnie słyszałem dziwne dźwięki z lasu nieopodal szlaku, ale to pewnie bardziej moja wyobraźnia niż gromadka niedźwiedzi bawiących się w krzakach. Pod względem zwierzęcym wypad w Góry Słonne mógł być nieco lepszy.



A wracając do Orlego Kamienia (514 m.): to ciekawa górka zbudowana ze skał fliszowych, a kawałek dalej można spotkać niemniej imponujące ostańce z piaskowca (zdjęcie poniżej). Krzyżują się tutaj szlaki turystyczne, są drewniane ławki, a i w prześwitach pomiędzy drzewami można powoli dostrzec kawałek Sanoka, do którego administracyjnie szczyt ten już należy. Miejsce chociażby ze względu właśnie na bliskość miasta może i jest popularne turystycznie (a na pewno bardziej, niż okolice góry Przysłup i Słonny SE), ale ja tego pięknego i słonecznego dnia na szlaku spotykam tylko trzy osoby, co jak na ostatni dzień kwietnia, tuż przed majówką, jest wręcz zaskakujące. A może Góry Słonne nie są powszechnie znane, a turyści odwiedzający Sanok tak są zajęci skansenem i Beksińskim, że nie eksplorują okolicznych gór? Nie wiem.


Zejście do Sanoka wiedzie na prawdę ładnym lasem, bez problemu widać, że drzewostan chroniony jest parkiem krajobrazowym, od czasu do czasu w prześwitach między drzewami pokazuje się panorama miasta. Przy wyjściu z lasu tabliczka informująca o parku krajobrazowym, na granicy z terenem zurbanizowanym śmietniki, ławki, królewska studnia z ciekawą legendą, dalej szlak wiedzie już koło zabudowań.
Podsumowując wędrówkę: kilka bardzo mocnych akcentów (ruiny zamku Sobień, serpentyny, Rezerwat Przysłup) pojawiających się podczas raczej nużącego szlaku. Szlak jest świetnie oznakowany, niestety bez turystycznej infrastruktury (kilka zwykłych ławek załatwiłoby robotę), poprowadzony w bogatym przyrodniczo Parku Krajobrazowym Gór Słonnych. Gdybym spotkał niedźwiedzia, zrobiłbym mu zdjęcie i wyszedł z tego cało – oceniłbym całość 8/10. Bez misia to 6,5/10, a ocenę tę na pewno podbija Sanok. Bo o Sanoku jeszcze na koniec…



Może z ignorancji, może z doświadczenia (już dawno temu się nauczyłem, że im niższe oczekiwania lub ich brak, tym większe zaskoczenie / mniejsze rozczarowanie) przed przyjazdem niespecjalnie edukowałem się nt. Sanoka. Na mapach zaznaczyłem pinezkami kilka wartych odwiedzenia miejsc i w sumie tyle. Wyszło tak, że kilka dni pobytu wywołało moje bardzo pozytywne zaskoczenie się tym relatywnie małym (35 tys. mieszkańców) i jakby nie patrzeć peryferyjnym miastem na mapie dzisiejszej Polski. Sanok ma wiele do zaoferowania: liczne zabytki (w tym zamek królewski); ważne epizody w historii Polski, jak choćby ślub polskiego króla; niezwykłe położenie starego miasta na wzgórzu, do którego z jednej strony prowadzą tylko strome schody – rozwiązanie niczym z włoskich miasteczek; zrealizowany z rozmachem skansen, który przed sztokholmskim kuzynem wcale nie musi się niczego wstydzić; no i genialna galeria genialnego Beksińskiego! Nad tym wszystkim górują Góry Słonne, które będąc ostoją dzikich karpackich zwierząt włącznie z wilkami i niedźwiedziami, są niejako przeciwwagą do bogatej historii i kultury miasta. Albo uzupełnieniem, kontrapunktem, jak kto woli. Góry Słonne polecają się na wiosenne (a i pewnie całoroczne) odkrywanie gór nieznanych!
