„Góra diabła”, „przeklęta góra”, miejsce trzech katastrof lotniczych oraz wielu wypadków turystów, w których łącznie zginęło kilkadziesiąt, jak nie kilkaset osób. Z drugiej strony jest to najwyższa poza Tatrami góra w Polsce, „Królowa Beskidów”, zdobywana tłumnie, oferująca przecudowne widoki, dom dla wielu rzadkich gatunków flory, fauny i fungi. Każdy szanujący się turysta wysokogórski musi prędzej czy później tu trafić. Początkiem maja postanowiłem kolejny raz złożyć wizytę Jej Wysokości, wybrałem jednak rzadko uczęszczaną południową stronę masywu, odkrywając kilka nowych, przeciekawych szlaków składających się na pętlę z Lipnicy Wielkiej. Zapraszam na relację z wiosennego odkrywania Babiej Góry!

Babia Góra jest granicznym masywem górskim, przy czym większość szlaków znajduje się po polskiej stronie (mapka poniżej). Można co prawda z Małej Babiej Góry wejść na Babią szlakiem granicznym, ale znakowana turystycznie ścieżka stricte ze strony słowackiej jest tylko jedna. I to właśnie żółtym szlakiem ze Słowacji, tak rzadko wybieranym przez Polaków, postanowiłem po raz drugi w życiu zdobyć Diablak (1725 m.), najwyższy szczyt masywu Babiej Góry. Pomysł na tego tripa zrodził się podczas odkrywania polskiej części Działów Orawskich, które rozpocząłem w tym samym miejscu – mianowicie na Polanie Stańcowa (Stańcowej?), będącej częścią przysiółka o nazwie Przywarówka (należącego do Lipnicy Wielkiej, ponad pięciotysięcznej, długiej na kilka kilometrów orawskiej wioski). Szybki rzut oka na mapę uzmysłowił mi tamtego wczesnokwietniowego dnia, że z Polany można zrobić niedługi i niewymagający technicznie hike na Babią w formie pętli (ok. 16 km długości i nieco ponad 1000 m przewyższenia), którego zaletą byłoby odwiedzenie Słowacji. Wiedziałem i obiecałem sobie, że muszę tu wrócić – niecały miesiąc później słowo stało się ciałem. A właściwie wspaniałym odkrywaniem nieznanych mi wcześniej okolic.

Początkowy etap to niespełna czterokilometrowy niebieski szlak łącznikowy, poprowadzony szeroką leśną ścieżką. W tych rejonach jest sporo wycinki, mijam po drodze ambonę myśliwską (co ciekawe, zlokalizowaną na słowackim obszarze chronionym?), kilka budynków technicznych, a także sporą polanę z zabudowaniami pasterskimi, choć sezon pasterski w tym miejscu jeszcze się nie rozpoczął. Ze szlaku można w pewnym momencie odbić leśną ścieżynką w stronę tzw. niedźwiedziego źródła, po drodze podziwiając efekty pracy słowackich snycerzów (zdjęcia poniżej). Na tym etapie trasy nie spotykam nikogo.

Kameralność kończy się wraz z dotarciem do miejsca, w którym niebieski szlak spotyka szlak żółty. Hájovna Na Rovinách to miejsce z wielką łąką i wspaniałym widokiem na Tatry, jest infrastruktura turystyczna, a w budynkach nieopodal urządzono ekspozycje muzealne (nie byłem, info z Internetu). Z ciekawych atrakcji jest niewysoka platforma widokowa, zaopatrzona jednak w lunetę do obserwacji tatrzańskich wierzchołków, z całkiem niezłym powiększeniem, i to bez konieczności wrzucenia jedno czy dwueurowej monety, jak to ma miejsce w wielu bardziej turystycznych lokacjach. Taką samą platformę z lunetą będę mijać na żółtym szlaku na wysokości 1200 m n.p.m., widać więc spore nakłady w infrastrukturę turystyczną, co bardzo cenię. Tego pięknego, wiosennego dnia, mimo środka tygodnia spotykam już kilkoro turystów, wyciągam więc wniosek, że żółty szlak choć mało uczęszczany przez Polaków, jest bardzo popularny wśród naszych południowych sąsiadów. W końcu to ich jedyna ścieżka prowadząca na Królową Beskidów, a każdy choćby raz w życiu chciałby przecież dostąpić zaszczytu zobaczenia królowej na żywo!

W porównaniu do zielonego szlaku zejściowego po stronie polskiej o którym za chwilę, słowacki żółty jest dużo ciekawszy i infrastrukturalnie bardziej dopieszczony. Po drodze mijam sporo tablic informacyjnych, ławek, miejsc odpoczynku, szlak na jednym odcinku ma nawet swojego patrona Polaka i to nie byle jakiego! Ścieżka początkowo jest w miarę szeroka i wygodna, biegnie w towarzystwie przerzedzonego w wyniku wycinki lasu, a po przekroczeniu rwącego strumyka zmienia się w prawdziwie górską, nawet stromą i wymagającą drogę przez las, który wraz ze zdobywaniem wysokości zastępowany jest przez kosodrzewinę. Od tego momentu nachylenie szlaku jest właściwie stałe, brak tu odcinków płaskich, żeby wejść na 1725 m. trzeba się trochę przecież napocić, nie ma taryfy ulgowej. Ale także nie ma co dramatyzować, sama ścieżka jest w świetnym stanie, widoki za plecami z każdym metrem coraz piękniejsze, a miejsc do odpoczynku jest co niemiara. Jednym z nich jest położony lekko na uboczu (trzeba odbić ze szlaku, nie każdy chyba tam zagląda), na wysokości 1630 metrów drewniany szałas, przed którym stoi bardzo instagramowa ławeczka z niesamowitym widokiem na Zbiornik Orawski i Tatry. Sam widok obłędny ale niespodzianka czeka na nas także w środku szałasu, mianowicie można tam znaleźć trzy obrazy o charakterze religijnym. Przez lata wędrując po polskich ale i europejskich górach, wielokrotnie widywałem kapliczki, figurki czy małe obrazki świętych, zamieszczone najczęściej gdzieś na drzewach, ale pełnowymiarowe i oprawione w ramę obrazy w drewnianej chatce na ponad 1600 metrach to jednak dla mnie coś nowego. Cieszę się, że mogę być w górach jeszcze zaskakiwany ;-).

Stąd na szczyt Babiej Hory zostało tylko kilka, kilkanaście minut. Sama kopuła szczytowa pozbawiona jest już prawie kosodrzewiny, więcej tam skał i niskiej roślinności, pośród której rosną rzadkie, często endemiczne rośliny (np. pięknie kwitnące w tym czasie Sasanka alpejska i Urdzik karpacki). Mało kto jednak patrzy pod nogi, bo wraz ze zbliżającym się wierzchołkiem napięcie rośnie. Na szczycie, mimo środka tygodnia tłum jest spory, ale jak już wspominałem Królowa cieszy się ogromną popularnością i nie ma się temu specjalnie co dziwić. Fotograficy lubią tutaj przychodzić na magiczne wschody, kiedy cała Orawa i Podhale skąpane są w chmurach, a jedyne co widać to łańcuch Tatr oświetlony ciepłym światłem wschodzącego słońca. Zimą wspinają się tutaj ludzie poszukujący adrenaliny, bo huraganowe wręcz wiatry potrafią sprawić, że odczuwalna temperatura na tym odosobnionym masywie porównywalna jest do tej ze Svalbardu czy Alaski (pewnie przesadzam, ale potrafi tu pizgać srogo). Od niedawna także, w ramach programu pilotażowego można na Babiej uprawiać skitouring. Latem z Zawoi czy z Przełęczy Krowiarki w stronę Przeklętej Góry maszerują całe zastępy wycieczek szkolnych, parafialnych, obozów harcerskich i innych bardziej lub mniej zorganizowanych grup turystów. I chyba nikt, o ile pogoda dopisze, nie schodzi z Babiej niezadowolony. Widoki są panoramiczne!

Szczyt jest bardzo rozłożysty, budowano tutaj schrony turystyczne, niszczone jednak prędzej czy później przez diabelskie wichury. Dzisiaj na Babiej Górze także znaleźć wiele różnych obiektów, nie będę ich wymieniał ani opisywał, z praktyczniejszych zwracam jedynie uwagę na wiatrochron zbudowany przez turystów ze znajdującego się nieopodal rumowiska – potrafi uratować przed urwaniem głowy ;-). Diablak oferuje widoki na wszystkie strony świata, najciekawsze oczywiście te w stronę Tatr, ale i Małą Fatrę widać, i Góry Choczańskie z charakterystycznym Wielkim Choczem, a z drugiej strony Kraków i wszystkie Beskidy i Pogórza między Babią a Stolicą Małopolski. Przy świetnej widoczności i z dobrym sprzętem, czego dowodem są zdjęcia w internecie, można uchwycić nawet Kielce i Góry Świętokrzyskie. Chyba łatwiej byłoby napisać czego stąd nie widać! Wymagana do tego jest oczywiście wysoka przejrzystość powietrza, niekoniecznie występująca środkiem lata w godzinach okołopołudniowych, kiedy to doliny intensywnie już parują, co blokuje dalekie obserwacje.

Schodzę z Babiej Góry zielonym szlakiem w kierunku Polany Stańcowej, szlakiem, który biegnie już terenem Babiogórskiego Parku Narodowego, należy zaopatrzyć się w bilet wstępu doń (można kupić online). Jak już wspominałem, zielony szlak jest mniej urozmaicony niż żółty, ale cieszę się, że tutaj trafiłem, bo dowiedziałem się o istnieniu najwyższego schroniska w polskich Karpatach! Oczywiście niegdyś najwyższego, dzisiaj to ruiny i piękny punkt widokowy z tablicą informacyjną opisującą dzieje budynku (poniżej) i drugą, z wypisanymi wszystkimi szczytami widocznymi z tego miejsca. Gdyby to schronisko istniało do dziś, byłoby drugim – po Pięciu Stawach – najwyżej położonym w Polsce. Zbudowane za Niemca przed Wielką Wojną, w trakcie dwudziestolecia międzywojennego gospodarzyli tutaj Polacy, zniszczone przez Niemca podczas 2WŚ, całkowicie zrujnowane kilka lat po wojnie i w końcu nigdy nieodbudowane z powodu ochrony przyrody. Nie ma dyskusji, że w tym miejscu jest sporo wspaniałej przyrody do chronienia, odbudowywanie murowanego budynku mogłoby więc nie być najsensowniejszym pomysłem, jednak oczami wyobraźni widzę siebie popijącego piwko i zastanawiającego się, czy widoczny za oknem ten wielki ośnieżony szczyt w zachodnich Tatrach słowackich to jeszcze Salatyn, czy może już Banówka?

Tak w ogóle to schodząc zielonym szlakiem trzy lub czterokrotnie przechodzę przez płaty śniegu, w tym raz w dość stromym terenie, warto w miesiącach wiosennych zabrać ze sobą kijki czy nawet raczki. Infrastruktury turystycznej jest tutaj jak na lekarstwo, ścieżka bardzo wąska, ale minusy te rekompensują wspaniała przyroda i widoki, które do momentu wejścia do lasu mam cały czas przed sobą. Na wysokości ok. 1265 m mijam tabliczki informujące o granicy Parku Narodowego, jest też tutaj miejsce do odpoczęcia. Zejście poniżej jest już trochę nużące, nie licząc przechodzenia przez potok o nazwie „Krzywa Rzeka”, który dość spektakularnie obniża się kaskadowo (zdjęcie poniżej), a przejście przezeń wymaga skakania po kamieniach – nie wyobrażam sobie jak to może wyglądać kiedy wody jest znacznie więcej. Ów potok poniżej zamienia się wręcz we rwącą rzekę, ścieżka prowadzi jeszcze chwilę wzdłuż niego, jest to chyba najbardziej dziki odcinek leśny całego zielonego szlaku, czuć tutaj potęgę natury! Reszta szlaku jest już mało interesująca, biegnąc przez polany, na których prowadzi się wycinkę lasu.

Pętlę tę polecam wszystkim, którym zależy z jednej strony na czasie (całość można zrobić w kilka godzin), a z drugiej na kameralności. Co prawda żółty szlak ze Słowacji jest bardzo popularny, ale niebieski łącznik i szlak zielony już dużo mniej, co może wynikać z tego, że dojechanie autem do Lipnicy Wielkiej logistycznie jest bardziej wymagające niż dojechanie do Zawoi, czy Przełęczy Krowiarki. Do Zawoi dość regularnie jeżdżą także busy z Krakowa, a dostanie się w okolicę Polany Stańcowej komunikacją międzymiastową jest już bardziej skomplikowane. Ale jak już się tam dojedzie (samochodem lub busami z Jabłonki i Nowego Targu), można zostawić auto na parkingu, a po zdobyciu Babiej zjeść obiad w agroturystyce, która jest na Polanie Stańcowej (choć nie piszę tego z doświadczenia) i generalnie miło spędzić dzień. Babiej Góry nie będę polecać, góra ta to must-climb! Dziękuję za uwagę.

PS: Jeżeli podoba Ci się moja praca i chciał(a)byś wspomóc moje górskie odkrywania, zawsze możesz postawić mi wirtualną kawę! https://buycoffee.to/odkryjemygorynieznane Porządna dawka kofeiny to podstawa do eksplorowania górskich terenów ;-). Z góry dziękuję. Pozdrawiam wszystkich serdecznie!

Możesz również cieszyć się:

1 komentarz

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Odkryjemy Góry Nieznane
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.